Media są wszędzie. Tam, gdzie nas nie ma; tam, gdzie jesteśmy i tam, gdzie mediów być nie powinno. Telewizja jest jak guma do żucia – powiedziała kiedyś „caryca telewizji” Nina Terentiew i trudno temu przeczyć, kiedy telewizja i inne media ciągną nas za języki, kleją usta, a czasami nawet próbują zrobić w balona. Nie tylko telewizja przestała być świątynią. Ale po niej najlepiej widać, że stała się przede wszystkim fabryką programów, oglądalności, procentów, widowni, finansów. Właściwie media już nie rządzą. Nie będę nawet oryginalny, kiedy napiszę, że rządzą słupki. Przejście od akceptacji widzów do odrzucenia to jedno pokrętło – gorzko zauważa dyrektor programowy TVN Edward Miszczak. Nie ma misji, jest komercja. Sprzedajesz się, kupują cię – jesteś.
Szczęśliwie guma do żucia traci po jakimś czasie smak i trzeba ją wypluć. Możemy wtedy splunąć diabłem, który się w nas niepostrzeżenie zalągł, kotem Jarka, podkładaną powszechnie świnią, nagim cielskiem bez mózgu rzucanym na pokuszenie, czwartą miłością drugiego męża do innej żony. Moglibyśmy się opanować, ale przyzwyczajono nas do żucia, bo guma jest tania i na wyciągnięcie ręki. A włączony telewizor zastępuje nam domowe rozmowy, które kiedyś zastępowały telewizor, kiedy go jeszcze nie było. Kinga Rusin mówi więc do nas jak żona, Hubert Urbański jak mąż, Tomasz Lis jak ojciec, a Jan Pospieszalski jak ksiądz z pobliskiej ambony. Jesteśmy jedną, wielką rodziną.
Przyznaję, sam żuję. Czasami. Nie oszukujmy się, przecież jestem z mediów. Robię to, biję się teraz w piersi, także dla tych, co mają najlepsze karty kredytowe i mieszkają na najwyższych piętrach z widokiem. W końcu jestem z dużego miasta. Ale robię to, by udowodnić, że dobre media mogą żyć poza stolicą i nie muszą być gumą. Mogą być smacznym jabłkiem, morelą lub grejpfrutem. Najprawdziwszym owocem, a nie tylko produktem identycznym smakiem i aromatem. Ciągle wolimy naturę. Ludzką.
Przemysław Grociak - redaktor naczelny