Najlepszym na świecie przedsiębiorcą roku został cyrkowiec. Właściwie klaun, bo tak siebie nazywa Guy Laliberte, który od dwudziestu lat prowadzi najlepszy i najbardziej dochodowy cyrk świata, z zarezerwowanymi terminami występów na trzy lata do przodu. Kanadyjczyk dostał tę nagrodę nie tylko za niecodzienne show, ale i umiejętność pogodzenia różnych kultur, wizji i pasji wszystkich pracowników, mówiących 25 językami.
Cyrkowcem można też nazwać naszego Tomasza Wendlanda. Na co dzień, w walce o sztukę, posługuje się on taką ilością trików, sztuczek, inscenizacji, gagów, salt i fikołków, że trudno mu odmówić talentu spod namiotu. Gdyby mu doczepić czerwony nos klauna, nikt nie uwierzyłby, że to kurator i artysta, a nie zwykły sztukmistrz. Od kilkunastu lat ciągnie swój cyrk, którego kolejnym przedstawieniem będzie Festiwal ASIA-EUROPE Mediations – umiejętne pogodzenie różnych ras, nacji, kultur, wizji i pasji artystów mówiących kilkudziesięcioma językami, pochodzących z kilkudziesięciu państw.
Właściwie Wendland też jest przedsiębiorcą. Nie tak skutecznym jak Grażyna Kulczyk czy Piotr Voelkel, dlatego wypracowuje swój sukces z mozołem, po prośbie i na kolanach. Narzeka, że to męczące dla artysty, ale jak się nie ma zaplecza największych mecenasów sztuki, to trzeba mieć – w imię wyższych celów - odwagę bezwstydu.
Wendland – mimo, że z Guyem Laliberte ma dużo wspólnego – nie stanął w szrankach organizowanego przez ERNST&YOUNG konkursu. Polskę reprezentował Maciej Duda, szef Polskiego Koncernu Mięsnego DUDA. Cieszę się – mówił on na rozdaniu nagród w Monte Carlo – że z tak zwykłego i banalnego biznesu jak zabijanie świń udało mi się stworzyć coś szczególnego, co fascynuje nie tylko mnie, ale i ludzi, którzy ze mną pracują.
Zrobiło mi się niesmacznie. Zamiast sztuki mięsa wolę zwykłą sztukę. To też fascynujące i nie trzeba nikogo zabijać, by odnieść sukces. Sztuka gwarantuje przeżycie. Szkoda, że świnie o tym nie wiedzą.
Przemysław Grociak
Redaktor Naczelny